Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie

Money.plMotoryzacjaWiadomościPublikacje

Mercedes GLS 500 - smok naszych czasów

2016-07-18 16:03

Mercedes GLS 500 - smok naszych czasów

O smokach wiemy tyle, że są to stworzenia mityczne. Nie znaleziono nigdzie ich szczątków, więc prawdopodobnie żyły - i żyją nadal - wyłącznie na kartach literatury fantasy i w legendach pochodzących z najróżniejszych zakątków świata. Czasem były utożsamiane ze złem, czasem wręcz przeciwnie. Chińczycy uważali smoki za istoty doskonałe, wierzyli nawet, że pierwszymi cesarzami były właśnie smoki, a później dbały o pomyślne rządy kolejnych władców. Zawsze jednak były przedstawiane jako wielkie bestie z łuskowatą skórą. Kolejne ich atrybuty zależały już od fantazji autora - niektóre ziały ogniem, inne latały, a jeszcze inne miały magiczne właściwości.

Mercedes GLS jest jak smok. Ciężko znaleźć na rynku większy samochód osobowy, chyba, że zaczniemy patrzeć na jakiegoś 9-osobowego vana. Ale to SUV, a tutaj GLS konkuruje póki co tylko z Range Roverem. Smaug, smok występujący w Hobbicie Tolkiena, słynął z zamiłowania do złota. GLS 500 słynie z zamiłowania do paliwa. Tylko czy potrafi to paliwo zamienić na dodatkową wartość? Sprawdzimy to w teście.

Gabaryty autobusu

Mercedes w projekcie GL-a popadł chyba w megalomanię. Chciał zamanifestować swoją wielkość poprzez zbudowanie dużego samochodu, któremu inne uważane za spore samochody nie będą w stanie dorównać. Wyszedł z tego dość pudełkowaty twór. Samochód jest długi, szeroki i wysoki - tu nie ma kompromisu na linii gabaryty-przestrzeń wewnątrz. Dobrze wiemy, że jeśli chcemy poczuć się w samochodzie wyjątkowo komfortowo, potrzebujemy do tego czegoś pokroju klasy S, serii 7, A8 i tym podobnych. Więcej blachy to też więcej prestiżu. GL miał być więc S-klasą SUV-ów, tak pod względem prestiżu, jak i luksusu. Tylko nikt z centrali nam o tym nie powiedział wprost.

Aż do teraz, kiedy nazwy modeli zostały ujednolicone. GL stał się GLS-em i zyskał twarz zbliżoną do twarzy "eski". Nieco zmieniono też kształt tylnych lamp, ale poza tym to właściwie nadal ten sam GL, przynajmniej z wyglądu. Nadal jest długi, szeroki i wysoki, po prostu nieprzyzwoicie wielki. I żebyśmy nie mieli wątpliwości, że ten Mercedes może walczyć w wadze innej niż ciężka, wystarczy spojrzeć na jego masę - GLS 500 waży minimum 2445 kg, ale z obciążeniem może to być nawet 3250 kg. Jeszcze trochę, a ITD zaczęłoby nas zatrzymywać i sprawdzać nacisk na osie.

Niczym apartament

Nie wiem jak grube musiałyby być blachy GLS-a, żeby te gabaryty nie przełożyły się na przestrzeń wewnątrz. Tutaj naprawdę można odetchnąć. Miejsca jest pod dostatkiem nawet w trzecim rzędzie siedzeń, bo te dostępne są już w standardzie. I nawet z 7. miejscami na pokładzie w bagażniku mieści się potężne 680 litrów, z możliwością powiększenia do 2300 litrów, jeśli złożymy też oparcia drugiego rzędu.

Samo wnętrze jest faktycznie wykonane na poziomie klasy S. Dekory są z prawdziwego drewna, a jeśli dodatkowo zamówimy pakiet designo Exclusive za niecałe 30 tys. zł, wszystkie siedzenia pokryje skóra, której jakości nie powstydziłby się nawet Bentley.

Deska rozdzielcza dość mocno przypomina tę z GLE. W GL-u ekran systemu Command Online wkomponowany był w kształt deski, teraz przypomina przymocowany na jakimś uchwycie tablet. Panele odpowiadające za poszczególne funkcje, jak panel klimatyzacji, radio i systemy wspomagające, zostały odpowiednio pogrupowane, co na pewno poprawia ergonomię i ułatwia znalezienie interesującego nas przycisku w trakcie jazdy.

Tak zwane "wielokonturowe" fotele potrafią zmieniać swój kształt na mnóstwo sposobów. Oprócz standardowego ustawienia wysokości przedniej i tylnej części siedziska czy kąta pochylenia oparcia, możemy tutaj dostosować stopień zaciśnięcia boków fotela. Przednie miejsca siedzące są jeszcze wyposażone w podgrzewanie, wentylowanie i mogą ci zrobić kilka rodzajów masażu. Wystarczy, by nie czuć ani jednego kilometra długiej trasy.

Wir w baku

Mercedes GLS pali dużo. Jak smok. Jego magiczną właściwością jest zamiana spalanej w hurtowych ilościach benzyny w hurtowe ilości prestiżu - no bo przecież nie w emocje czy adrenalinę. W zasadzie ciężko powiedzieć jak rysuje się faktyczne zapotrzebowanie na paliwo, bo komputer pokładowy nie pokazuje wartości większych niż 20 l/100 km. A informacja o tych dwudziestu litrach pojawia się zdecydowanie zbyt często, jeśli jeździmy po mieście. I mimo że zbiornik mieści 100 litrów benzyny, to nie jest trudno zauważyć ruch wskazówki paliwa.

Cóż to więc za potwór bulgocze pod maską? Oczywiście V8. Nieszczególnie małe, bo o pojemności 4,7 l z dwiema turbosprężarkami. Osiąga potężne 455 KM mocy przy 5250 obr/min i całe 700 Nm momentu w zakresie od 1800 do 4000 obr/min. Na takim silniku prawie 2,5 tony masy własnej nie robi żadnego wrażenia. Sprint do "setki"? Proszę bardzo - wystarczy 5,3 s. Prędkość maksymalna? 250 km/h. GLS dominuje nie tylko gabarytami, ale i osiągami, bo przecież nieczęsto spotykamy na drodze tzw. "pięciosekundowy" samochód.

No tak, ale wjeżdżamy na krętą trasę i już słabsze i pozornie wolniejsze hot hatche zaczną nas "objeżdżać". GLS nastawiony jest na komfort, więc to zawieszenie, szczególnie przy tak wysokim nadwoziu, pozwala na jego spore przechyły, a duża masa jest w stanie wycisnąć ostatnie soki z hamulców. To wentylowane od wewnątrz tarcze, ale wszystko ma przecież swoje granice wytrzymałości.

Mercedesem GLS szybko można jeździć głównie na prostych. Ale nawet jeśli mamy V8, które - wydawałoby się - powinno nas prowokować do szybkiej jazdy, to jest wręcz przeciwnie. Na niskich obrotach słychać tylko cichy bulgot, a 9-biegowy automat dba właśnie o to, by było przede wszystkim cicho i komfortowo. Przełożenia zmieniane są szybko, a same zmiany nie są wyczuwalne. Tutaj przede wszystkim liczy się płynność. Płynność pracy zawieszenia pneumatycznego, płynność w zmianie biegów - po prostu wsiadasz i płyniesz gdzieś daleko.

GLS skutecznie maskuje swoje rozmiary i przede wszystkim masę. Podczas przyspieszania na pewno, ale jest jeszcze inny aspekt - właściwości terenowe. Napęd 4MATIC stale przekazuje moment obrotowy na wszystkie koła i dzięki temu GLS potrafi całkiem sporo. Wjeżdża na strome wzniesienia, nie grzęźnie w błocie, posiada asystenta zjazdu ze stromych wzniesień - nawet na szosowych oponach poradzi sobie z dala od asfaltu. Tylko kto będzie wjeżdżał w błoto i przeciskał się pomiędzy gałęziami w tak drogim samochodzie?

Komfortowy wielkolud

Żyjąc w dzisiejszym świecie, zdajemy sobie sprawę z tego, że za więcej musimy też więcej zapłacić. Dokładamy do większej pamięci w telefonie, płacimy za dodatkowe metry kwadratowe domu czy mieszkania, za dłuższe wakacje. To normalne. W samochodach nie jest to takie oczywiste - mały samochód pokroju DS3 Racing może kosztować tyle, co bogato wyposażona i znacznie większa Skoda Octavia.

Z GLS-em jednak nie mamy takiego problemu. Jest duży, to dużo kosztuje. Ile? Minimum 365 tys. zł za wersję z 258-konnym dieslem. Wyżej w hierarchii znajduje się już benzynowe "400" za 377 500 zł. Model taki jak testowany kosztuje minimum 484 500 zł, ale testowy egzemplarz miał dobrane dodatki za jakieś 150 tys. zł. Znalazł się więc w pobliżu oferty topowej, jaką jest 63 AMG za 653 000 zł. Sensu takiego AMG nie znajduję, bo przy 500-tce jedyną jego faktyczną przewagą będzie wyższa cena, którą można byłoby się pochwalić znajomym.

Dla kogo więc mógłby to być samochód? Dla dużej, zamożnej, aktywnie wypoczywającej rodziny? Docelowo może i tak, ale czy ktoś widział kiedyś wypełnionego po brzegi GLS-a? Ja nie. Przyjmijmy więc, że jednak głównym czynnikiem jest tu prestiż. Chcesz się pokazać, ale jednocześnie lubisz SUV-y? Zamów Mercedesa GLS. Albo Range Rovera.

Pochwal się na swojej stronie,
że czytasz Money.pl
Czytam Money.pl

Oferty motoryzacyjne